Sentyment do Śląska


250 tysięcy osób płaci składki członkowskie tego stowarzyszenia Sentyment do Śląska

Rozmowa z DAMIANEM SPIELVOGLEM,
dyrektorem niemieckiego Ziomkostwa Śląsk
- Czy to prawda, że Ziomkostwo Śląsk (Landsmannschaft Schlesien) ma od pewnego czasu kłopoty finansowe, a więc także problemy z organizowaniem corocznych zjazdów niemieckich Ślązaków?
- I tak, i nie. Od 1990 roku nie otrzymujemy żadnych subwencji państwowych. Ani z landów, ani z Berlina. Dotacje dostajemy wyłącznie na konkretne projekty, na przykład na seminaria czy warsztaty naukowe dla studentów z Niemiec, Polski czy Czech. Cała struktura organizacyjna musi finansować się sama. Utrzymujemy się ze składek członkowskich i darowizn. Od 1997 roku próbujemy wprowadzić formy tzw. ekonomii związkowej, które uniezależniłyby nas od składek i wolnych datków. Mamy bazę hotelową i gastronomiczną, która działa na zasadach komercyjnych.
A zjazdy? Od roku 1990, gdy władzę w Dolnej Saksonii - kraju, który się dotąd nami opiekował - objęły SPD i Zieloni, nie dostajemy ani feniga na ich organizację. Odtąd nasze coroczne spotkania odbywają się w Bawarii.
- Bez pieniędzy?
- Od 12 lat finansuje je rząd bawarski.
- Wygląda więc na to, że z socjaldemokratami Ziomkostwu Śląsk nadal nie jest po drodze. Zresztą taka "skarga" wielokrotnie pojawia się we wspomnieniowej książce Herberta Hupki, wydanej niedawno po polsku.
- Zmiany nastąpiły na przełomie lat 60. i 70., za czasów socjaldemokratycznego kanclerza Willy Brandta. Wcześniej czołowi działacze, w tym także przewodniczący ziomkostw i Związku Wypędzonych, wywodzili się właśnie z SPD i nawet zarzucali chadeckiemu rządowi Konrada Adenauera, że jest za bardzo zwrócony na zachód i mało interesuje się tym, co dzieje się w sowieckiej strefie okupacyjnej, a także za Odrą i Nysą.
- Ilu członków liczy obecnie Ziomkostwo Śląsk?
- Ok. 250 tysięcy.
- I tyle osób płaci składki?
- Tak, te pieniądze nie płyną jednak do naszej centrali, lecz do tzw. grup, które działają w poszczególnych miastach. Z miast z kolei część pieniędzy idzie do landów, my natomiast - właśnie poprzez landy - pobieramy tylko cząstkę z każdej składki.
- Ile jest owych miejskich grup?
- 3,5 tysiąca. Na przykład w Bonn działa kilka grup.
- Z tych liczb wyłania się obraz potężnej organizacji, prawdziwego kolosa. Tymczasem przecież w ostatnich latach wyraźnie tracicie na politycznym znaczeniu.
- Może i tak jest, choć nasze działania wyżej ceni się na szczeblu miejskim niż krajowym czy ogólnofederalnym. Nie spotkałem się jeszcze z sygnałem, by w miastach, nawet tych rządzonych przez SPD, dochodziło do jakichś zatargów między naszymi grupami a władzą.
- A co z tzw. wielką polityką?
- Moim zdaniem rzeczywiście nasze wpływy są zbyt małe w stosunku do tego, czym dysponujemy. Nawet przyjaciele polityczni zbyt często traktują Ziomkostwo Śląsk jako wielkie zrzeszenie wyborców, które jest dobre tylko na czas wyborów. Potem można je odstawić na bok...
- O Hupce prasa niemiecka pisze, że jest "wiecznie wczorajszy". Może Ziomkostwo Śląsk zbyt wolno albo nieprzekonywająco zmienia swój zewnętrzny wizerunek, skoro polityczne elity RFN mają do was tak duży dystans?
- Już - a może dopiero - od dwóch lat naszym nowym przewodniczącym jest urodzony w roku 1940 Rudi Pavelka, który siłą rzeczy zachował tylko strzępy pamięci o swym rodzinnym Wrocławiu. To wyraźny sygnał zmian. Niestety, media niemieckie - w przeciwieństwie do polskich - ciągle chcą w nas widzieć owych "niespokojnych obywateli", którzy dążą do naruszenia dobrosąsiedzkich stosunków polsko-niemieckich.
- Czy to nie dziwne, że więcej krytycznych głosów zbieracie w RFN niż w Polsce?
- To typowo niemieckie. Albo jest się u góry, albo na dole. Albo coś jest białe, albo czarne. Obecny mnister spraw wewnętrznych Otto Schilli przed dwoma laty przyznał publicznie, że największym błędem niemieckiej lewicy było zerwanie dialogu z "wypędzonymi". Nowa generacja socjaldemokratów, i to z Dolnej Saksonii, zaczyna dążyć do wznowienia dialogu. Już nas na przykład dopuszczono do komisji przyznającej "Kulturpreis Schlesien", ową prestiżową nagrodę śląską, którą wyróżnia się wybitnych przedstawicieli kultury śląskiej z Niemiec, a w ostatnich latach także z Polski.
- W Niemczech działa także Ziomkostwo Górnoślązaków, kojarzone przed laty z nazwiskiem Herberta Czai. Długo jednak nie utrzymywaliście organizacyjnych związków. To dziwne...
- Na szczęście nie działamy już przeciwko sobie. Moim zdaniem oba ziomkostwa, tyle lat po wojnie, powinny się nareszcie połączyć. To nienormalne, by istniały dwie organizacje działające na rzecz tego samego skrawka ziemi. Zwracam uwagę na nazwę naszej organizacji. Nie jesteśmy, a tak bywamy w Polsce postrzegani i nazywani, Ziomkostwem Ślązaków, ani nawet Śląskim, lecz Ziomkostwem Śląsk. Gdybyśmy skupiali w swoich szeregach tylko Ślązaków, to bylibyśmy skazani na wymarcie. Chcemy działać "dla Śląska", więc nic dziwnego, że wśród naszych członków jest wiele osób, które w ogóle nie mają śląskich korzeni.
- Czym wytłumaczyć antagonizm między obiema grupami niemieckich Ślązaków?
- Najczęściej tłumaczono go względami wyznaniowymi. Działacze Związku Górnoślązaków, a jego założycielami byli przedstawiciele mniejszości niemieckiej z przedwojennego województwa śląskiego, często powtarzali, że nasze ziomkostwo, kojarzone z Dolnym Śląskiem i ewangelicyzmem, nie rozumie i "nie czuje" górnośląskiej specyfiki i mentalności. Ale to chyba nie była cała prawda, bo założyciele naszego ziomkostwa też byli Górnoślązakami, tyle że wywodzącymi się z tej części Górnego Śląska, która przed wojną należała do Niemiec. Może jednak jest coś na rzeczy?... Ci Górnoślązacy, którzy zawsze byli obywatelami państwa niemieckiego, rzeczywiście mentalnie różnili się od tych, którzy po roku 1922 - jako Niemcy - nagle stali się obywatelami II Rzeczypospolitej.
- Propagandzie komunistycznej jednak nie przeszkadzało, że Hupka był z jednego ziomkostwa, a Czaja - z drugiego. Ich nazwiska do tego stopnia zlały się w całość, że w moim kraju do dzisiaj się ich myli.
- Myślę, że jednak w PRL dr. Czaję nie tyle kojarzono z owym małym Ziomkostwem Górnoślązaków, lecz ze Związkiem Wypędzonych, którego był wieloletnim przewodniczącym.
- Wyjaśnijmy, czym jest Związek Wypędzonych?
- To tzw. organizacja dachowa, zrzeszająca wszystkie ziomkostwa wywodzące się z dawnych terenów wschodnich Niemiec, a także z obszarów nieniemieckich (chodzi na przykład o Niemców sudeckich lub tych niegdyś mieszkających na terenach byłego Związku Radzieckiego). W sumie Związek Wypędzonych skupia 24 ziomkostwa. Każde ziomkostwo ma dużą autonomię i w każdym momencie może ze Związku Wypędzonych wystąpić, choć takiego przypadku jeszcze nie odnotowano. Każdy przewodniczący ziomkostwa automatycznie wchodzi do zarządu Związku.
- Czy jednak wszystkie te struktury nie stracą racji bytu wraz z wymarciem tych generacji Niemców, którzy po roku 1945 musieli opuścić swe rodzinne strony? Czy nie staną się skrajnie anachroniczne?
- Aby się przed tym obronić, musimy - powtarzam - działać "dla Śląska", a nie tylko "dla Ślązaków". I to niezależnie od tego, co stało się w latach 1939-1945 i po roku 1945. Musimy być pomostem między Niemcami a Polską, a to nie jest zadanie wyłącznie dla Ślązaków, którzy mieszkają w Niemczech.
- Tak, lecz czy wasze "doły członkowskie" zdołały przewartościować swoje myślenie o Śląsku i Polsce, tak jak zrobiła to "góra"?
- Na pewno są jeszcze w naszym gronie osoby, które myślą w kategoriach lat 50. ubiegłego wieku, co nam naszą pracę bardzo utrudnia. Ale są też inni, którzy nawet "górze" pokazują, jak z Polską trzeba współpracować. Myślę o tych wszystkich akcjach pomocowych na Dolnym i Górnym Śląsku. Myślę o tych wszystkich odnowionych kościołach i zabytkach śląskich, które restaurowały nasze grupy, i często wcale nie za pieniądze państwowe.
- Wie pan, wielu w Polsce mówi, że Niemcy chcą mieć wszystko - mówiąc gwarowo - "przyszykowane" na czas, gdy tu "wrócą"?
- Nie wiem, jak z takimi poglądami polemizować. Czy naprawdę tak trudno uwierzyć w to, że ludzie kierowani sentymentem i miłością do swych stron rodzinnych albo stron rodzinnych swych ojców i dziadków, chcą, by te miejsca jaśniały pełnym blaskiem?
Rozmawiał:
KRZYSZTOF KARWAT
Nie jesteśmy Ziomkostwem Ślązaków, ani nawet Śląskim, lecz Ziomkostwem Śląsk. Gdybyśmy skupiali w swoich szeregach tylko Ślązaków, bylibyśmy skazani na wymarcie. Wśród naszych członków jest wiele osób, które w ogóle nie mają śląskich korzeni
Haus Schlesien     Dom êŸññêŸ

Dom Śląsk (Haus Schlesien) w Königswinter pod Bonn. Tutaj mieści się centrala dolno- i górnośląskich ziomków.

Damian Spielvogel

Damian Spielvogel - od roku 1997 jest dyrektorem Ziomkostwa Śląsk, do niedawna był bliskim współpracownikiem dr. Herberta Hupki (byłego przewodniczącego tej organizacji). Pochodzi z Zabrza, skąd - na początku lat 80. - jako piętnastoletni chłopiec wyjechał wraz z wywodzącymi się z Dolnego Śląska rodzicami. Studiował w Niemczech. Jest członkiem CDU.